Gombrowicz o komunizmie

Fragmenty “Dziennika”

Gdyż komunizm to coś, co podporządkowuje człowieka zbiorowości ludzkiej, z czego wniosek, że najesencjonalniejszym sposobem walki z komunizmem jest wzmocnienie jednostki przeciw masie. A jeśli jest aż nadto zrozumiałe, że polityka, że prasa, że literatura doraźna i obliczona na praktyczny efekt pragną wytworzyć siłę zbiorową zdolną do walki z Sowietami, to jednak zadanie sztuki poważnej jest inne — i ona albo pozostanie na wieki tym czym była od początku świata, to jest głosem jednostki, wyrazicielem człowieka w liczbie pojedynczej, albo zginie. W tym sensie jedna strona Montaigne’a, jeden wiersz Verlaine’a, jedno zdanie Prousta są bardziej „antykomunistyczne” niż oskarżający chór jaki stanowicie. Są swobodne — są wyzwalające.

Dziennik, 1953

***

Mógłbym wysunąć przeciw komunizmowi pewne zarzuty natury intelektualnej. Filozofia ta z wielu względów nie trafia mi do przekonania – przede wszystkim zaś dlatego, że, w moim pojęciu, komunizm jest nie tyle problemem filozoficznym lub etycznym, ile technicznym. Mówicie, iż na to, aby duch zaczął prawidłowo funkcjonować, potrzeby ciała muszą być zaspokojone? Twierdzicie, że wszystkim zapewnić trzeba minimum egzystencji? Gdzież gwarancja, jednak, że system wasz zdoła zapewnić dobrobyt? Czy mam jej szukać w Rosji Sowieckiej, która dotąd nie może się wyżywić bez pracy niewolników – czy w waszych rozumowaniach, gdzie mowa o wszystkim, lecz nie o technicznej sprawności systemu?

Dziennik, 1954

***

Jednakże marksizm wytacza tutaj argumentację przenikliwą i świetną, która godzi w samo sendo, w to właśnie “ja”. Twoje ja – mówią – zostało już poprzednio urobione warunkami twojego życia, procesem twojej historii – jesteś takim jakim cię stworzyła i określiła twoja klasa społeczna, wyzyskująca, o świadomości spętanej faktem tego wyzysku, sfałszowana w całym swoim stosunku do świata przez to, że nie chce i nie może przyznać się, iż cała obliczona jest na wysysanie cudzej krwi. Utwierdzając się w tym ja, utwierdzasz się jedynie we własnym spaczeniu. Czego chcesz bronić? Przy czym się upierać? Przy tym ja które ci zrobiono i które zabija ci swobodę twojej prawdziwej świadomości?

Znakomity argument i zgodny z moim poglądem na człowieka – bo wiem na pewno i tysiąc razy próbowałem tę pewność wyrazić artystycznie, że świadomość, dusza, ja, są wypadkowa naszej sytuacji – w świecie i w ludziach. I to jest chyba najbardziej centralna myśl komunizmu, która rozpada mi się na dwa punkty, oba niezmiernie trafiające mi do przekonania. Primo, że człowiek jest istotą osadzoną w ludziach, to znaczy, że o całym stosunku jego do świata decyduje stosunek jego do ludzi. Secundo, że nie możemy ufać sobie, że jedyne co zdoła zapewnić nam osobowość, to najostrzejsza świadomość tych właśnie zależności, które ją kształtują.

Teraz wszakże – uwaga! Złapmy ich za rękę! Sprawdźmy karty, jak tu się gra… i wtedy ujawni się niesłychany szwindel za sprawą którego  cała ta dialektyka staje się pułapką. Albowiem to myślenie dialektyczne i wyzwalające zatrzymuje się akurat u wrót komunizmu: mnie wolno podawać w wątpliwość własne prawdy, póki jestem po stronie kapitalizmu; lecz ta sama autokontrola ma zamilknąć, gdy dostałem się w szeregi rewolucji. Tu dialektyka ustępuje miejsca dogmatowi, naraz, wskutek jakiejś zdumiewającej wolty, ten świat mój względny, ruchomy, niejasny, staje się światem ściśle określonym, o którym właściwie wszystko wiadomo, sprecyzowanym. Przed chwilą byłem problematyczny – ale oni uczynili mnie takim po to tylko abym łatwiej wylazł z mojej skóry – teraz, gdym jest z nimi, muszę stać się kategoryczny.

Czyż nie rzuca się w oczy ta nieprawdopodobna dwulicowość każdego bez wyjątku komunisty, nawet tych najbardziej wyrafinowanych intelektualnie; póki idzie o destrukcję dawnej, ten człowiek zachwyca nas swobodą ducha demaskującego, pożądaniem szczerości wewnętrznej; ale, gdy uwiedzeni tym śpiewem, pozwolimy by nas doprowadził do własnej doktryny, paf, zatrzaskują się drzwi – i gdzież jesteśmy? Klasztor? Wojsko? Kościół? Organizacja? Daremnie próbowałbyś szukać teraz nowych uzależnień, paczących twoją nową świadomość. Świadomość twoja została wyzwolona i od tej chwili przystoi ci ufność. Twoje “ja” stało się “ja”  gwarantowanym, godnym zaufania.

(…)

Chcę przyszpilić tę subtelną a świńską zmianę tonu, gdy przewekslowuje się na ich własny teren, to nagle ujawnienie chytrości, to doznanie fatalne, gdy z nim rozmawiasz, że znienacka światło zmienia ci się w ciemność – że nie masz do czynienia z kimś światłym, a tylko z kimś zaślepionym, jak noc najczarniejsza. Wolnomyśliciel? Tak, na twoim podwórku. Na swoim fanatyk. Niewierzący? W tobie; w sobie pielęgnujący wiarę z zapałem mnicha. Mistyk, który ucharakteryzował się na sceptyka, wierzacy zażywający niewiary, jak instrumentu, tam gdzie to może być przydatne jego wierze.

Sądziłeś, że przed tobą ludzka dusza, spragniona prawdy, ale oto błysnęły chytre ślepia polityki. Mniemałeś, że idzie o świadomość, czyli o duszę, czyli o etykę, ale okazuje się, że najważniejszy jest triumf rewolucji. I widzimy, że jesteśmy jeszcze raz wobec jednej z wielkich mistyfikacji, w stylu tych które demaskowali Nietzsche, Marks, Freud, ukazując poza fasadą naszej moralności – chrześcijańskiej, burżuazyjnej, wysublimowanej – grę innych, anonimowych, brutalnych sił. Lecz tu mistyfikacja jest bardziej perwersyjna, gdyż polega własnie na demaskowaniu. Jest to jedno z najcięższych rozczarowań, jakich można doznać w strefie dzisiejszej naszej etyki, gdyż tu objawia się, że nawet demaskowanie sił staje się maską, poza którą ukrywa się ta sama odwieczna wola siły.

Stąd zaduch tej nieszczerości wśród nich. Nie tylko wśród  podrzędnych funkcjonariuszy. Najlepsze ich umysły są chore na tę wstrętną, połowiczną szczerość: szczere w stosunku do cudzego świata, ale skrępowane, gotowe wykastrować się z wszelkiej rzetelności, gdy chodzi o gmach własnej chimery. Ofelio, idź do klasztoru !

Dziennik 1956

***

Literatura moja musi pozostać tym czym jest. Tym zwłaszcza, co nie mieści się w polityce i nie chce jej służyć. Ja uprawiam jedną jedyną politykę: własną. Jestem osobnym państwem. Teraz, być może, kiedy oni podchodzą do mnie z wyciągniętymi ramionami, nadeszła chwila walki. To jest atak z ich strony — to próba podboju — i ja muszę się bronić!

Dziennik, 1958

***

Czegóż wymagać od naiwnych a zacnych skrupulatów „pracujących nad sobą”, doskonalących się, analizujących, konstruujących tę swoją moralność: drżących w obliczu swoich odpowiedzialności, cierpiących za całą ludzkość, tych badaczy, nauczycieli, przewodników, sędziów, inspektorów, inżynierów duchowych, męczenników wreszcie, nawet czasem świętych — ale nie tancerzy, śpiewaków… Sztuka wysmażana w laboratoriach… ależ czego wymagać od tych jaj na patelni, jakże ten omlet mógł czemukolwiek się opierać?
Nie mam na myśli walki politycznej… Precz z polityką sztuko! Bądź po prostu sobą. Pilnuj swojej natury, niczego więcej.

Dziennik, 1961

***

Chcę pisać jak najdalej od polityki…

O zakład, że niniejsze wspomnienia berlińskie dostaną się w łapy gazeciarzy; że polityka odtańczy wokół nich swój murzyński taniec; że ja, artysta, będę wydany felietoniście, ja, człowiek, stanę się pastwą redaktorów, popychadłem publicystów, żerem nacjonalizmów, kapitalizmów, komunizmów, diabli wiedzą czego, ofiarą ideologii będących raczej mitologią, i to mitologią zdziadziałą, zdziecinniałą, sklerotyczną, biurokratyczną i w sam raz do luftu.

Dziennik, 1965

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: